I Extreme Prawniczy – Elbrus 2013 – Video Relacja

I Extreme Prawniczy zakończony sukcesem. Wszyscy uczestnicy wyprawy w dniach 24 i 27 sierpnia 2013 r. stanęli na wierzchołku najwyższej góry Europy  – Elbrusie. Gratulujemy i życzymy kolejnych, tak ekstremalnych sukcesów.

- Zarząd ZPP Oddział we Wrocławiu

Zaczęło się od tego, że udało się nam dotrzeć na warszawskie Okęcie. Najpierw pogubiliśmy się we Wrocławiu i dwa razy udało nam się przejechać przez to samo rondo („-Jedź prosto! –Tutaj? –Ale nie to prosto!”). Potem przez całą drogę do Warszawy benzyna wyciekała z baku. Pomimo złośliwości losu (vel „przygód”) udało nam się zdążyć na odlatujący okrutnie wczesną porą samolot. Było nas wszystkich razem szesnaścioro – szesnaścioro osób zmotywowanych żeby dotrzeć pod Elbrus, na Elbrus i jeszcze nawet z powrotem do Polski.


  • OLYMPUS DIGITAL CAMERA
  • 02_elbrus
  • 03_elbrus
  • 04_elbrus
  • 05_elbrus
  • 06_elbrus

Samolotem dolecieliśmy tylko do Kijowa. W planie mieliśmy kilka godzin wolnego; na zwiedzanie, zakupy i – w moim przypadku – wielką porcję wyśmienitych pierogów. Nasze spore, profesjonalnie wyglądające (bo nafaszerowane górskim sprzętem), bagaże zostawiliśmy w dworcowej przechowalni. Kijów przywitał nas słońcem, gigantycznym targiem staroci w dzielnicy artystycznej i niewiarygodnie głęboko położonym metrem za niebieski żeton. Wyczerpawszy limit naszych kilku godzin, podążyliśmy na peron, na pociąg, który będąc rosyjską plackartą musiał zrobić wrażenie. Wrażenie z gatunku tych, co to najpierw zapierają dech w piersi, a potem powodują natychmiastową chęć odwrotu (a trzeba to było przecież przetrwać). Opis dwóch dni podczas których pokonaliśmy (walecznie!) prawie 1700 km. do Piatigorska można by właściwie ująć krótko: brak miejsca (siedzenia przy odrobinie dobrej woli udające łóżka tak naprawdę nie sprawdzają się ani w pierwszej, ani w drugiej roli), tłok, gorąco i duszno, ale okna się nie otwierają (bo zimy są zimne). Dodać do tego trzeba jeszcze ryby, które w różnej postaci są sprzedawane i zjadane w całym pociągu. I to właściwie mógłby być koniec opisu – nie oddawałby on jednak istoty tego czym jest jazda plackartą. A jest to coś niesamowitego, przesyconego atmosferą podróży, która chociaż ciążka, pozostawia raczej dobre wspomnienia. Czymś nie do przecenienia była gitara, która umiliła podróż nie tylko nam ale też (mniej lub bardziej) wszystkim współpasażerom. Warto w tym miejscu wspomnieć o Ukraińcu, który o dziewiętnastej rozpoczął żmudny proces uciszania, a już o dwudziestej trzeciej sam śpiewał najgłośniej. Przekroczenie granicy ukraińsko-rosyjskiej odbyło się prawie niezauważalnie (tzn. nie licząc stania na granicy, celników, etc.) i następnego dnia, a właściwie nocy, szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Wysiadania odbyło się w nerwowej atmosferze i po ciemku (odnotowano nieduże ubytki w bagażu). Niewiarygodnie umęczeni jazdą pociągiem, radośnie przesiedliśmy się do marszrutki, a po pięciu godzinach dalszej drogi dojechaliśmy – tym razem ostatecznie – do celu. Celem  była niewielka kabardyno-bałkarska wioska u stóp Elbrusa (a właściwie kolejki na Elbrus), położona na wysokości 2400 m.n.p.m. Zasady logiki nakazywałyby odespać trudy pokonane w pociągu, ale część grupy już pierwszego dnia zdecydowała się na zejście do wioski i wyprawę kawałek w górę, do punktu przesiadkowego i schroniska, w celach rozpoczęcia intensywnej aklimatyzacji. Wioska, położona około pół godziny drogi od stacji kolejki, była urokliwa, chociaż ciężko byłoby znaleźć w niej coś bardziej ciekawego niż sklep i kantor (który w istocie znajdował się w hotelu). Po raz pierwszy wymieniliśmy euro na ruble i tak uzbrojeni pomaszerowaliśmy na obiad. Jedyną potrawą wegetariańską jaką można uświadczyć w Kabardyno-Bałkarii są ziemniaki z grzybami. Króluje baranina. Co się zaś tyczy schroniska, z jego wysokości można było w końcu zobaczyć Elbrus. Wtedy jednak jeszcze tego nie wiedzieliśmy i zabrakło nam sił na wyglądnięcie zza rogu  budynku. Kilka zdjęć-w-oficjalnych-polarach-wyprawy później, trochę przerażeni wpływem wysokości/ pociągu/ zmęczenia na  naszą kondycję, wracaliśmy z powrotem do hotelu. Następnego dnia rozpoczęła się właściwa część naszej wyprawy – akcja górska zapoczątkowana aklimatyzacyjnym wyjściem na Czeget.

Po dojechaniu kolejką do punku startowego, spora część grupy utknęła w schronisku pod Czegetem. Pozostała część zdobyła szczyt dwukrotnie – nie miała pewności czy szczyt na pewno jest szczytem. Podsumowując, wszyscy zdobyli Czeget z którego roztaczał się widok na stronę gruzińską i zachmurzone wierzchołki Elbrusa. Po raz pierwszy dała o sobie znać choroba wysokościowa. A już następnego dnia rano rozpoczęliśmy żmudny proces pakowania. Ograniczenie wszystkich rzeczy koniecznych do czterodniowej akcji górskiej to nie lada wyzwanie, szczególnie jeśli oceniać je pod kątem konieczności wniesienia wszystkiego na [własnych] plecach pod górę. Trudno też zdecydować co może okazać się faktycznie przydatne (-Po co ci ten ręcznik? I drugi ręcznik!? – Nie będziesz ich przecież potrzebować na Elbrusie!). Mój plecak został zakwalifikowany jako lekki co z pewnością dowodzi, że „lekki” może być pojęciem bardzo zaskakująco subiektywnym. Prowiant został rozdzielony pomiędzy uczestników wyprawy (tu wyraźnie wyróżniał się oskubany kurczak!) i mogliśmy złapać ostatnią kolejkę, którą podjechaliśmy do pierwszego punktu przesiadkowego. Dalej poszliśmy pieszo – im wolniej, tym rozsądniej – z uwagi na aklimatyzację.

Popołudniem pierwszego dnia osiągnęliśmy „beczki” – pierwszą bazę noclegową u podnóża Elbrusa. Zakwaterowaliśmy się w zimnych, nieprzyjaznych i nieestetycznych (ten wygląd naprawdę mobilizuje do jak najszybszego zebrania sił i dalszej wyprawy w górę!) metalowych „beczkach” i cieszyliśmy czasem wolnym. Dopóki przygrzewało słońce temperatura była dość przyjemna (z przenośnego zielonego głośniczka radośnie przygrywało „Ona tańczy dla mnie”), a Elbrus pozwał podziwiać się w całym swoim gigantycznym majestacie. Gęste, ciemne chmury, poniżej wysokości bazy, pozwoliły części grupy zaobserwować zjawisko widma Brockenu – jeszcze nie wiedzieliśmy czy to dobry, czy też zły znak. Wieczorem przystąpiliśmy do przygotowywania kolacji w „beczce”-kuchni. Nauczka na przyszłość – wysokość negatywnie wpływa na czas gotowania ryżu (makaron zdaje się być rozsądniejszym wyborem), a potem trzeba jeszcze umyć garnek w lodowatej wodzie. Na tej wysokości (3780m.n.p.m) niektórzy silniej odczuli objawy choroby wysokościowej – ból głowy, złe samopoczucie i trudności ze snem. Nawet zawiązanie butów (niestety trzeba się schylić!) może okazać się nie lada męczące! Ale następnego dnia rano, korzystając z ładnej – słonecznej pogody, wszyscy ruszyliśmy dalej, do kolejnej bazy – położonego na wysokości 4200m.n.p.m schroniska „Prijut”.

Z „Prijuta” można zobaczyć wyłaniające się spod pokrywy śnieżnej Skały Pastuchowa, które kształtem przypominają trochę kontynent afrykański. Z bazy droga w górę wygląda na łatwą, przyjemną i niezbyt długą (zresztą sam wierzchołek Elbrusa wygląda jakby znajdował się tuż-tuż, na wyciągnięcie czekana). Aż trudno uwierzyć, że minięcie skał trwa ponad dwie godziny mozolnej wędrówki (nieustannie pod górę). Dla lepszej aklimatyzacji zrobiliśmy ten odcinek „na lekko” (pozostawiając plecaki w bazie). Kto dotarł do końca, ten po raz pierwszy przekroczył barierę 5 tys.m. wysokości. Na kolację, tym razem, gotowaliśmy makaron. Kto chciał najadł się żywności liofilizowanej, której trzeba oddać, że jest łatwa w przygotowaniu, lekka i – optymistycznie rzecz ujmując – bezsmakowa (jak inaczej wyjaśnić fakt, że jajecznica i owsianka smakują – nie smakują – identycznie?). Wysokość sprawia, że jedzenie należy raczej do nieprzyjemnych czynności. Podobnie zresztą jak spanie – przyspieszone tętno tak mocno huczy w głowie, że nawet pomimo zmęczenia – ciężko usnąć. Standard noclegu w „Prijucie” też robi swoje – nocleg w wersji tylko-tego-nie-dotykaj i ta temperatura; pomimo śpiwora wcisnęłam na siebie dokładnie wszystkie rzeczy jakie miałam w plecaku! Nieszczelne drzwi naszego „apartamentu” przepuszczały śnieg, który – o dziwo! – nie topniał. „Prijut” skutecznie uświadomił nam, że „beczki” były kwaterą o podwyższonym standardzie. Może to i dobrze, że czasu na spanie nie było wiele, do ataku szczytowego trzeba przystąpić w nocy.

Ekipa podzieliła się na dwie części – tych, którzy na zdobytą poprzedniego dnia wysokość, zdecydowali się wjechać ratrakiem i tych (za)ambitnych, którzy postanowili pokonać ten sam kawałek pieszo.  Droga na szczyt wymagała wielkiego wysiłku. Problemem była walka z wysokością i zmuszenie się do upartego marszu w górę. Wycieńczenie powodowało – przynajmniej w moim wypadku było tak z całą pewnością – że wszystkie myśli obsesyjnie skupiły się tylko na  tym jak po raz kolejny przestawić nogi uzbrojone w raki. Podejście pod Elbrus sprawia wrażenie nieskończenie długiego. Przy każdym kolejnym traserze wydaje się, że następny to już musi być ten ostatni. Ale wcale tak nie jest. W rzeczywistości droga do szczytu ciągnie się i ciągnie, zaskakująco długo. Niespodziankę zrobiła nam również pogoda, która postanowiła się popsuć. Musieliśmy stawić czoła wiatrowi, bardzo niskiej temperaturze i opadom śniegu – w tych warunkach trzeba uważać na to żeby nie opaść z sił; im dłużej stoi się w miejscu odpoczywając tym ciężej radzić sobie z  zimnem. Wyprawa, nosząca zaszczytną nazwę „extremu”, jak najbardziej zasłużyła na swoje miano. Przeżycie śnieżycy na wysokości 5tys.m. to przygoda z gatunku tych, które wspomina się z uśmiechem tylko jeśli wszystko dobrze się skończy. I skończyło się dobrze – a nawet lepiej – w przeciągu dwóch dni, 100% uczestników naszej wyprawy zdobyło szczyt najwyższej góry Europy (chociaż nasz przewodnik orzekł, że wyczerpaliśmy pogodowy limit pecha przewidziany co najmniej dla kilku wypraw). Z Elbrusa rozciąga się niesamowita panorama na Kaukaz. Dla nas widok był znakomity, ale tylko na odległość wyciągniętej ręki! Koniec końców, odnotowaliśmy co prawda znaczne straty w kijach trekkingowych, ale – na szczęście – nie zauważono żadnych strat w uczestnikach wyprawy (chociaż był taki niebezpieczny moment kiedy jedna z osób zsunęła się ze szlaku, co w tych warunkach mogło skończyć się nieszczęściem).

Właściwie można by rzec, że cała górska część wyprawy odbyła się bez większych problemów, chociaż z trudnościami. I trzeba to oddać „Prijutowi”, że – chociaż zupełnie pozbawiony uroku -  to powrotne zejście do niego całej grupy sprawia dużo radości. Jeszcze więcej radości sprawia powrotny zjazd kolejką i dotarcie do hotelu, w którym można na nowo uświadomić sobie jak przyjemne jest funkcjonowanie w warunkach bez choroby wysokościowej. Na dole czekało na nas świętowanie sukcesu kontynuowane w powrotnej drodze, w znanej nam już wesołej atmosferze rosyjskiego pociągu.

Organizatorzy:

ZPP Oddział we Wrocławiu
4CHALLENGE
www.4challenge.org